2010/02/07

ŚWIĘTY WALENTY

Właśnie ważą się losy Ukrainy, która w drugiej turze wybiera sobie prezydenta. Tymoszenko czy Janukowycz?  Okaże się już niebawem. W ramach ciszy wyborczej warto się skupić na innym Ukraińcu. Walentyn Strykało – jak sam siebie nazywa: kompozytor i poeta – stał się internetową gwiazdeczką, kiedy zaśpiewał  piosenkę o gejowskim porno oglądanym od rana do wieczora i zadedykował ją Timbalandowi. Wątpliwe, że wzięty producent weźmie na warsztat melancholijną, słowiańską twórczość Walji, ale każdy sposób jest dobry by się wypromować. Albo pokazać, że amerykańskiego folka może z powodzeniem śpiewać chłopak z Obwodu Żytomierskiego na Ukrainie.

Dziś, po zawrotnej ilości odsłuchań jego utworów w rosyjskojęzycznym internecie, Walentyn koncertuje po całej  przepastnej Ukrainie, a nawet w Moskwie. Odwrotnie niż nasz Kononowicz  czy inne internetowe zajawki w jego stylu, Strykało dowodzi, że naprawdę coś potrafi – śpiewać i brzdąkać na gitarze. Przy okazji ma do siebie dystans i dowcip, który bierze na  celownik samego siebie i wszystkich podobnych mu pieśniarzy. Trzymamy kciuki Walja, przyjeżdżaj z koncertami!

Tutaj Strykało zamieścił przesłanie dla swoich fanów, a oto blog swojskiego Jamesa Blunta.

by: Adam Kruk 2010

2010/02/04

TOKYO UNDERGROUND – TOSHIO MATSUMOTO

Trudno wyobrazić sobie dzisiejszą sztukę współczesną bez video-artu. Ten nurt, tak dzisiaj powszechny, głównie za sprawą relatywnie łatwego dostępu do sprzętu, nie miałby się tak dobrze gdyby nie pionierskie działania takich artystów jak Nam June Paik czy Andy Warhol. Najważniejszym japońskim artystą zajmującym się kinem eksperymentalnym i wideo-artem jest z pewnością Toshio Matsumoto. Choć od dłuższego czasu nie staje już za kamerą – zajmuje się obecnie teorią filmu eksperymentalnego, publikując książki i dając wykłady na ten temat – to w latach aktywności artystycznej nakręcił kilkadziesiąt filmów eksperymentalnych, krótkometrażowych i dokumentalnych, a także kilka wyjątkowo ciekawych pełnych metraży.

“For the Damaged Right Eye” to film eksperymentalny z 1968 roku, oryginalnie wyświetlany na jednym ekranie równocześnie z trzech projektorów. Nakładające się na siebie obrazy tworzą swoisty portret ówczesnej Japonii.

“Funeral Parade of Roses” z 1969 roku to pierwszy i zdecydowanie najbardziej znany pełnometrażowy film reżysera. Ta dość swobodna interpretacja “Króla Edypa” wywołała niemałe poruszenie w Japonii, portretując środowisko gejowskie Tokio lat 60-tych.

“Dogura Magura” z 1988 roku, ostatni pełny metraż Matsumoto, to studium szaleństwa i zbrodni, próba znalezienia odpowiedzi na pytanie gdzie rodzi się zło i czym jest ono powodowane.

by: Grzegorz Kruk 2010

2010/02/02

GIG WITH JAPANDROIDS

Japandroids, garażowa sensacja z Vancouver, która zadebiutowała w zeszłym roku świetną płytą „Post-Nothing”, pod koniec stycznia przyjechała na trzy koncerty w Polsce. Po jednym z nich – 28 stycznia w poznańskim Eskulapie – udało się nam z nimi porozmawiać. Poznajcie Briana Kinga i Davida Prowse’a.

Adam: Czujecie się częścią popkultury?

Brian: Nasza muzyka jest nieco popowa. Gdybyś wziął nasze piosenki i nagrałbyś je inaczej, zredukował zniekształcenia i wyciszył nasze krzyki, powstałyby bardzo zabawne popowe piosenki. To kwestia produkcji. Szczerze mówiąc nie mamy pieniędzy by być bardziej pop – gdybyśmy mieli sto tysięcy dolarów na nagranie następnego krążka, mógłby być bardzo popowy.

Maria: “Post-Nothing” brzmi świetnie, więc może dobrze, że nie macie za dużo pieniędzy.

Adam: Vancouver jest niedaleko Seattle, tylko po drugiej stronie granicy…

Brian: Ale ta granica jest bardzo ważna. Europejczycy zazwyczaj nie doceniają jej znaczenia. Amerykańskie kapele mają mnóstwo problemów by grać w Kanadzie, a naszym kapelom trudno zaistnieć w Stanach.  Dlatego zdarzało nam się tak często grywać tam nielegalnie. Wizy są cholernie drogie… jeśli jesteś lokalną gwiazdą bez potężnych pleców,  nie możesz sobie pozwolić by grać w Stanach.

David: Im zależy tylko na sprowadzaniu bardzo znanych gwiazd, jeśli działasz gdzieś w niszy i jedziesz zagrać koncert w małym klubie w Seattle, musisz zrobić to nielegalnie, przebrać się za turystę, wypożyczyć sprzęt na miejscu, kombinować. Na granicy musisz spowiadać się ze wszystkiego – ile masz płyt, ile koszulek. To idiotyczne.

Adam: Jak u nas przed upadkiem Żelaznej Kurtyny.

David: Trochę tak. Ostatnio w Europie przez 7 dni daliśmy 7 koncertów – graliśmy w Anglii, Niemczech, teraz Polska i Skandynawia – wszędzie przejeżdżamy ot tak. Nie ma granic, a my nie jesteśmy do tego przyzwyczajeni. To doświadczenie uzmysłowiło nam, że powinniśmy koncertować tylko w Europie (śmiech). Ale Stany to wielki rynek i jak raz  się tam znajdziesz, masz już swobodę poruszania się wszędzie. Chodzi tylko o to, by się tam dostać.

Adam: Czy czujecie się jakoś związani ze sceną grunge, to działo się niedaleko od Was…

Brian: Niespecjalnie – grunge raczej nie był naszą wielką inspiracją. Tak naprawdę słuchamy bardzo różnych rzeczy i był to problem, kiedy zakładaliśmy Japandroids. Bo aby grać w jednej kapeli trzeba mieć  przynajmniej dwie wspólne zajawki, a mało jest zespołów, które lubimy obaj. Dlatego zagraliśmy dzisiaj cover Mclusky, bo o dziwo ich muzyka przemawia zarówno do Davida, jak i do mnie.

Adam: Słuchałeś też dużo Guns’n’Roses w dzieciństwie. Co myślisz o ich zeszłorocznej płycie?

Brian: No cóż (śmiech), jest bardzo kontrowersyjna. Nie jestem pewien czy to na pewno ich album. Prawdziwi Guns’n’Roses skończyli się w 1993 roku, czyli jakieś 17 lat temu! Wszystko co działo się później, to już zupełnie inna bajka. Iggy and the Stooges też niedawno nagrali nową płytę, ale to już po prostu nie to samo.

Adam: Macie kilka niezłych kapel w Vancouver: The Organ, The New Pornographers, You Say Party! We Say Die! … przyjaźnicie się?

Brian: Nawet się nie znamy. Wszyscy artyści z Vancouver prędzej czy później stąd wyjeżdżają.  Na koncercie The New Pornographers byłem w liceum. Teraz Carl Newman mieszka w Nowym Jorku, Neko Case nawet nie wiem gdzie, ale rzadko pojawia się w Vancouver. To chyba generalna zasada – pochodzi stąd mnóstwo ciekawych kapel, z których żadna nie zna się ze sobą nawzajem.

Adam: Powiedziałeś podczas koncertu, że polska publiczność jest rewelacyjna. Mówisz to w każdym kraju, w którym koncertujecie?

Brian: Szczerze mówiąc nie pamiętam żadnego koncertu na przykład w Wielkiej Brytanii, podczas którego publika reagowałaby tak żywo jak w Polsce. Dobry występ nie musi koniecznie być wielkim spędem, chodzi o energię, prawdziwe uczestnictwo w imprezie. Z drugiej strony udanym występem można nazwać też bardzo zły koncert za który dostało się kupę kasy (śmiech), albo kiedy zagra się słabo, ale z ludźmi których się lubi.

Maria: Jeszcze a propos Vancouver – czy to naprawdę raj dla rowerzystów?

Brian: Tak, w północnym Vancouver jest specjalny park dla rowerzystów. Poza tym mnóstwo mieszkańców to typowi outdoorowcy, jeżdżący również na nartach i snowboardzie.

David: Ale jedyna dyscyplina sportowa, w której ja obecnie uczestniczę, to granie na perkusji (śmiech).

Maria: Czytaliście książkę Douglasa Couplanda “Girlfriend in a Coma”?

Brian: Tej nie czytałem, ale znam jego inne książki. On oczywiście też jest z Vancouver i jego książki fajnie opisują nasze miasto.

Dzięki wielkie za rozmowę.

by: Adam Kruk, Maria Durska 2010

2010/01/31

TOKYO UNDERGROUND – PUNKS NOT DEAD

Anglia miała Sex Pistols, Polska festiwal w Jarocinie. O tych latach bezpretensjonalnej muzycznej rebelii opowiada najnowszy film Jacka Borcucha “Wszystko, co kocham”. Ten muzyczny fenomen był na tyle silny, że odcisnął się również po drugiej stronie globu. Na przełomie lat 70-tych i 80-tych również w Japonii powstała prężna scena punk-rockowa. Oto kilka ważniejszych zespołów, które w tamtych czasach dawały czadu w piwnicach Tokio. Mocne nazwy i mocne granie.

The Stalin

SS

Speed

Friction

Mirrors

by: Grzegorz Kruk 2010

2010/01/26

PARNASSUS

Znajdź 10 szczegółów różniących te obrazki:

Albo wybierz się do kina na najnowszy film Terry’go Gilliama i oceń, który z aktorów wypada najlepiej w tej najlepszej bajce, jaką widziałem od dawna. Według mnie wygrywa zdecydowanie numer jeden. Ale też najdłużej widnieje na ekranie. W dodatku po raz ostatni.

by: Adam Kruk 2010

2010/01/25

HIP-HOPERA Z SZAFY

Cała historia zaczęła się dość dawno bo w 2005 roku, ale jeśli do tej pory ktoś nie trafił na to cacko to czas najwyższy. R. Kelly nagrywając swój wieloodcinkową śpiewaną  historię o zdradzie, miłości i przyjaźni “Trapped in the Closet” stworzył rzecz tak absurdalną, że z łatwością może konkurować z “Modą na sukces”. Szczególnie pierwsze 12 odcinków to prawdziwy majstersztyk. Pokazują bowiem, że raper zupełnie nie zdawał sobie sprawy z tego, że jego musical to świetna komedia, a nie ciężki melodramat. Kolejne odcinki, dokręcone w 2007 roku, są już zdecydowanie słabsze, bo R. Kelly stara się  puszczać do nas oko, że wszystko to od początku  było tylko zabawą. Całość jest niesamowicie uzależniająca, a tak właśnie powinien działać dobry tasiemiec.

O tym, jak  inspirującym jest to wydawnictwo, świadczyć może przede wszystkim ilość parodii, których się doczekało. Jedne z lepszych to te nagrane przez ekipę z Mad TV, South Parku i “Weird Al’a” Yankovica, choć i tak oryginał pozostaje zdecydowanie najbardziej zabawny.

by: Grzegorz Kruk 2010

2010/01/23

VALERIO MASTANDREA

Valerio Mastandrea to taki George Clooney włoskiego kina, tyle, że trochę łysiejący. Ostatnio wystąpił w epizodycznej roli De Rossiego w krzykliwym musicalu “Nine” Roba Marshalla. W kinie włoskim dostaje większe role. Ale trzeba wiedzieć, że filmy, które naprawdę oglądają Włosi nie mają wiele wspólnego z poziomem Felliniego, Pasoliniego czy Antonioniego. Nawet współcześni autorzy pokroju Morettiego czy Ozpetka, u których występował też Mastandrea, funkcjonują na uboczu prawdziwie popularnej kinematografii. Ta określana jest raczej przez rozrywkowe komedie z  Lucianą Littizzetto bądź przez romanse z Ricardo Scamarcio.

Rodowity Rzymianin, Valerio Mastandrea, funkcjonuje w obu tych światach, tak jak udziela się zarówno  w teatrze, jak i telewizji.  Zaczynał w filmach niezależnych, teraz jego kariera zaczyna nabierać rozpędu. Wystąpił w dobrze przyjętym  “Kajmanie” Nanniego Moretti, a także w ciekawej komedii “Nie przejmuj się” (“Non pensarci”) w reżyserii Gianniego Zanasi, która stała się dla niego rolą przełomową. Dzięki temu dostał rolę w dramacie z Valerią Golino “Giulia nie wychodzi wieczorem” Giuseppe Piccioniego i w ostatnim jak dotąd filmie Ferzana Ozpetka “Un giorno Perfetto”, opowiadającym historię rodziny w rozkładzie, gdzie każdy z członków pozostawiony jest sam na sam ze swoimi emocjami i demonami. Polecam:

by: Adam Kruk 2010

2010/01/11

2 x FILMY ROKU

Postanowiliśmy przypomnieć filmy, które pozostały w pamięci po minionym 2009 roku. 3 ulubione zagraniczne, jeden polski i underdog, czyli niezauważona lub niedoceniona perełka. To wszystko razy dwa.

Adam Kruk – FILMY ROKU:

1. “Baader Meinhof” reż. Uli Edel

“Utracona część Katarzyny Blum” Schlöndorffa i von Trotty nie zamknęły tematu. Okazało się, że o czerwonym terroryzmie w RFN trzeba opowiedzieć jeszcze raz i jeszcze inaczej. I nie trzeba (bo brak tu dydaktyki), tylko to po prostu wdzięczny materiał filmowy, a socjologicznie temat do dziś niepokojąco interesujący. “Baader Meinhof” nic jednak nie wyjaśnia, pozostawia tylko widza z kłębkiem sprzeczności. W tym właśnie jego siła.

2. “Walc z Bashirem” reż. Ari Folman

W 2009 pojawiły się 3 niezwykłe animacje. Spóźnioną polską premierę miało “Persepolis” Marjane Satrapi, gdzieniegdzie pokazano “$9,99″ Tatii Rosenthal, w końcu “Walc Bashirem”. Film o sumieniu, wojnie i strachu, pokazujący dziwaczne mechanizmy zapominania, które znajduje ludzka psychika by dalej żyć (po takim tańcu). Film Folmana jest też dowodem na potęgę obrazu, bo tak imponujące plastycznie filmy zdarzają się rzadko.

3. “Antychryst” reż. Lars von Trier

Trier poddaje analizie, wydawałoby się już przepracowany, freudowski  kompleks kastracyjny, dzięki czemu płciowość w “Antychryście” nabiera wyrazu i różnicuje się. Mizoginizm splata z ekologią, legendy i grzechy historii z najbardziej podstawowymi ludzkimi potrzebami, a motyw ofiary łączy się z instynktami zdobywcy. Tadeusz Sobolewski nazwał ten film “rzygiem”. Zgoda, ale to paw dumny, piękny wizualnie i intelektualnie inspirujący.

PL: “Dom Zły” reż. Wojtek Smarzowski

Film noir w śnieżnobiałej scenerii. Albo biało-czerwonej, bo zły dom to nie tylko miejsce, w którym popełniono filmową zbrodnię, ale i dom każdego z nas – Polska. Można pięknie mówić o Powstaniu Warszawskim, papieżu-Polaku, albo o własnym dzieciństwie, ale pewnej dozy brudu, którym epatuje film, doświadczył każdy, kto mieszka między Odrą a Bugiem. Gorzko i żołądkowo.

Underdog: “Zdobyć Woodstock” reż. Ang Lee

Ang Lee to reżyser niesamowicie wrażliwy na charakter kultury w ramach której snuje swoje opowieści. Czy będą to Chiny (“Ostrożnie, pożądanie”), XVIII-wieczna Anglia (“Rozważna i romantyczna”) czy Ameryka czasu rewolucji kontrkulturalnej,  zawsze odnosi się do niej z ciekawością i szacunkiem. “Zostawić Woodstock” przygląda się z sympatią nie tylko hipisom, ale i amerykańskiej prowincji. Szkoda, że w przeciwieństwie do “Brokeback Mountain”, film przemknął przez kina niemal niezauważony.

Maria Durska – FILMY ROKU:

1. “Biała wstążka” reż. Michael Haneke

Złowroga i misternie utkana opowieść o wojennych wydarzeniach w północnoniemieckiej wiosce, czyli co się kryje za niewinną dziecięcą twarzą. Haneke po raz kolejny dokonuje gwałtu na widzach, konfrontując z  często zbyt nagą i okrutnie, niczym nie zmiękczoną rzeczywistością. Powstał film ważny, bardziej stawiający nas przed pytaniami niż odpowiadający na nie, nie oferujący łatwych i porządkujących wyjaśnień czy uniwersalizmów.

2. “Zapaśnik” reż. Darren Aronofsky

Wielki powrót sfatygowanego Mickey’a Rourke w niepokojąco paralelnym z jego własnym życiem filmie. Podana na surowo historia (szeroko rozumianej) walki ze świadomością nadchodzącego końca i niezdarnego pragnienia odkupienia, została odarta z wszelkiej estetyzacji czy romantyzmu.  “Zapaśnik” i wzrusza i daje brutalnie w pysk, pozostając jednym z najlepszych filmów ubiegłego roku, opartym na szerokich barkach głównego bohatera.

3. “500 dni miłości” reż. Marc Webb

Ograna już do niemożliwości historia “chłopak poznaje dziewczynę” pokazana w zupełnie niespotykany sposób. Ta historia wcale nie miłosna z postaciami, które można szczerze polubić, to trochę młodsza siostra allenowskiego Annie Hall, ukazująca meandry postmodernistycznej miłości i dająca szczery wgląd do męskiego serca. A bohaterów oczywiście połączyła miłość do The Smiths.

PL: “Rewers” reż. Borys Lankosz

Pozbawione patosu, świeże spojrzenie na połamane late stalinizmu. Trzy kobiety uwikłane w absurdalno-przerażającą historię, cykle nie-trawienia złota i sekret fundamentów Pałacu Kultury, stanowią o doskonałym filmie: nierozliczeniowym i zaskakująco prawdziwym. Cieszy także konwencja neonoir, jakże u nas rzadka, polski Humprey Bogart w wersji socreal i radość tworzenia bijąca jasno z ekranu.

Underdog:  “Two Lovers” reż. James Gray

Z założenia i wzorowego wykonania to samograj i zdobywca box office’ów – staroświecko gorzko-piękna love story ze świetną obsadą; niestety film w wielu krajach (jak w Polsce) wcale się nie pojawił.  Przejmujący obraz rozdarcia pomiędzy pragnieniem a obowiązkiem, życiem a śmiercią. Joaquin Phoenix, który rzekomo żegna się tym filmem z kinem, kłania się nam wielowarstwową i wyważoną rolą potłuczonego romantyka Leonarda, szukającego w swojej samotności miejsca na miłość.

by: Maria Durska, Adam Kruk 2010

2010/01/07

MAŁE CUDO

Coraz głośniej robi się o planowanej płycie dedykowanej Davidowi Bowie, którą szykuje wytwórnia Manimal Vinyl. Co rusz pojawiają się nowe doniesienia: że Devendra Banhart zaśpiewa “Sound + Vision” po hiszpańsku, a to że MGMT jednak nie nagrają swojej piosenki dla Davida, ale za to zrobią to Soulwax (jeszcze nie wybrali kawałka). Swoje trzy grosze dorzuci nawet prezydentowa Francji, która zaśpiewa “Absolute Beginners” (choć ta piosenka bardziej pasowałaby do Cat Power). Wygląda to wszystko bardzo apetycznie. Oto nieoficjalna jeszcze lista planowanych coverów:

Exitmusic – “Space Oddity”
Vivian Girls – “John, I’m Only Dancing”
Megapuss  – “Sound + Vision”
Carla Bruni – “Absolute Beginners”
Lights – “World Falls Down”
VOICEsVOICEs – “Heroes”
Duran Duran – “Boys Keep Swinging”
Charlift – “Always Crashing in the Same Car”
Aska w/ Moon & Moon – “African Night Flight”
A Place to Bury Strangers – “Suffragette City”
The Polyamorous Affair – “Theme From Cat People”
Keren Ann – “Life on Mars”
Swahili Blonde feat. John Frusciante – “Red Money”
Marco Benevento – “Art Decade”
Corridor – “Be My Wife”
Aquaserge – “The Superman”
Warpaint – “Ashes to Ashes”
Rainbow Arabia – “Quicksand”
We Are The World – “Afraid of Americans”
Laco$te – “Within You”
Ariana Delawari – “Ziggy Stardust”
Pizza! – “Modern Love”
St Clair Board – “Secret Life of Arabia”
Caroline Weeks – “Starman”
Amanda Jo Williams – “The Man Who Sold the World”
Mick Karn – “Ashes to Ashes”

Niech Bowie zaśpiewa jeszcze “Cat People (Putting out Fire)” z genialnej płyty “Let’s Dance”. Utwór wykorzystany został ostatnio w “Bękartach Wojny” Tarantino i od tego momentu trudno słuchać go bez tego skojarzenia. Ale świetna fryzura Davida z 1983 (wciąż w Polsce popularna!) pomaga wrócić do oryginalnego kontekstu:

by: Adam Kruk 2010

2010/01/05

NASZE PŁYTY 2009

Zdarza się, że najlepsze płyty roku wpadają w ręce z dużym opóźnieniem, często dopiero w następnym sezonie. Nie ma jednak lepszej okazji do podsumowań niż koniec roku, więc my również podajemy  popvictimowe typy w tej kategorii:

10. Wild Beasts – Two Dancers

Wild Beasts liczą sobie już pięć lat.  Choć ich debiutancki album Limbo, Panto przeszedł niemal niezauważenie,  druga, tegoroczna płyta Two Dancers powaliła na kolana krytyków, muzyków i w końcu wszystkich, którzy poświęcili jej kilka chwil. Bo ich artystowskie granie jest łagodne i zadziorne, drażni do momentu, kiedy już nie można się mu oprzeć.

9. The Mars Volta – Octahedron

Kolejna, piąta już płyta zespołu, który tworząc muzykę zupełnie nie ogląda się na współczesne trendy na rynku muzycznym. Tym razem może odrobinę mniej eksperymentalnie, mniej orkiestralnie, za to bardziej rockowo. Muzycy sami nazywają tę płytę “akustyczną”. Naprawdę warto przekonać się co to słowo znaczy w ich rozumieniu.

8. La Roux – La Roux

Ruda debiutantka, wizualnie trochę jak młodsza siostra Tildy Swinton, muzycznie przejmuje kaganek synthpopu od Yazoo i The Human League, przecinając swoim charakterystycznym ostrym głosem zapożyczone sprzed dwóch dekad dźwięki. W połączeniu z inteligentną warstwą tekstową otrzymujemy przystępny, acz niebanalny, neonowo pulsujący produkt z pięknej krainy popu.

7. Florence and the Machine – Lungs

Po utworach, które znane były zanim ukazał się krążek Lungs, można było wróżyć, że całość będzie wyjątkowa. Czasem wróżby się spełniają, bo Florence nagrała płytę totalną i jest obecnie najgorętszym nazwiskiem bookowanym na wszelkie festiwale. Lungs jest trochę staroświecki, ale w najlepszym tego słowa znaczeniu – eksponuje solidne rzemiosło i wielki talent bez upiększaczy.

6.  Yeah Yeah Yeahs – It’s Blitz!

Za przewodem niepokornej Karen O, YYY przenoszą się po trochu z garażu na parkiet i nie jest to zmiana nieprzyjemna. Przegięcie w nową stronę pokazuje, że zespół potrafi pływać w różnych wodach i nie traci ani swojego ostrego pazura ani autentyczności. Jeden z najjaśniejszych punktów: Twin Peaksowskie “Skeletons”.

5.   Empire of the Sun – Walking on a Dream

Muzyczni kuzyni MGMT z kraju kangurów ze sporą domieszką Prince’owego funku i Lynchowskiej estetyki marzenia sennego. Ta płyta płynie właśnie jak sen – elementy nie zawsze ze sobą logicznie powiązane tworzą mesmeryzującą całość, która pochłania i wciąga w opowieść słuchającego.

4. The Temper Trap – Conditions

Chłopaki z Australii wiedzą jak robić niesamowicie chwytliwe kawałki. Ciepły, delikatny głos wokalisty indonezyjskiego pochodzenia Dougiego Mandagi, plus melodyjne gitary i mocno pulsująca perkusja. Niby proste, a jednak efekt jest piorunujący. Trudno się nie rozpłynąć w tych kompozycjach.

3. The XX – XX

Nieprzeciętnie dojrzały debiut bezpretensjonalnych młodych londyńczyków, którzy mają naprawdę wiele do zaoferowania. Poza przyjemnym dubstepem i charakterystyczną linię basową, na ich bogactwo składa się bezbłędny dialog wokalny prowadzony pomiędzy Romy Madley Croft a Oliverem Simem, którzy w niepokojąco zażyły sposób zatapiają się nawzajem w swoich głosach.

2. The Horrors – Primary Colours

The Horrors ze świetnie wyglądających gotów wyrośli w tym roku na najlepszą rockową kapelę na Wyspach. Albumem Primary Colors zaskoczyli cały muzyczny światek. Odwołując się do najlepszych psychodelicznych i zimnofalowych tradycji, stworzyli fascynujące dzieło, które odkrywa się wciąż na nowo.

1. Sunset Rubdown – Dragonslayer

Nazwanie Sunset Rubdown “pobocznym” projektem jednego z liderów zespołu Wolf Parade – Spencera Kruga jest zdecydowanie nie na miejscu. Album Dragonslayer jest dziełem kompletnym, łączy w sobie wszystkie najlepsze cechy kanadyjskiej muzycznej sceny niezależnej, prężnie rozwijającej się od kilku lat. Co wyjątkowe, chwyta właściwie już po pierwszym przesłuchaniu, ale nie odpuszcza przy dwudziestym. Ten krążek to pogromca nie tylko smoków.

by: Maria Durska, Adam Kruk, Grzegorz Kruk 2010